|
|
12/03/2010 00:59:00 |
|
[Przejdź do następnej nieprzeczytanej wiadomości] | [zobacz pełny tekst źródłowy wiadomości] | Fixed font - Proportional font Temat: Imię wyspy Autor: KJ Si³a S³ów Data: 11 styczeń 2008 Uwaga! Przed przeczytaniem usiąść w miłym, cichym spokojnym miejscu gdzie nikt nie będzie przeszkadzał. " Wymyśl sobie wyspę. Nie, nie tak szybko, wiem co przyszło Ci do głowy. Zawróć na północ, przez pół świata, a gdy już widnokrąg zabierze Ci mgła, pośród nocy wcale nie zimniejszej od innych a jednak przejmującej Cię dreszczem, wyjdź na skrzący się lodem pokład i nasłuchuj przyboju. Usłyszysz. A potem zaczekaj do dnia. Warto. Słońce zamieni szron w miriady tęczowych kropli oceanu, rześkość powietrza, zadziwiająco bez morskiej wilgoci w sobie dosięgnie dna płuc. Podniesiesz głowę po zachłyśnięciu się i zobaczysz skałę przez której szczyt właśnie przechodzi promień i znajdziesz obietnicę ciepła na swojej dłoni. Plaża jest zimna, taka sama jak Twoje stopy, we władaniu chłodu, tego który przez dni żeglugi piął się po całym ciele, przez uda, biodra, do ramion, wyżej i jednocześnie coraz bardziej w głąb. Nigdy nie oddawał raz zdobytego ciała aż zamieszkał wszędzie. Ścieżka pnie się w góre, pierwsze trawy wdzierają się na ziemię z kamieni, bezwolnym ruchem przesuwając się w bok po łydkach. Nie pytaj. Idź. Mięśnie protestują, na małej łodzi odwykłe od wysiłku, ale w zamian znika odczucie zimna. Kolejna trawa ostrą łodygą przesuwa się wzdłuż boku stopy, inaczej niz poprzednie. Nie jest już tylko bezwiednym doznaniem, ten dotyk ma swój początek, subtelna siłę, bezwładnośc i drapieżność i swój koniec. Kolejna trafia wyżej, odczuciem krótszym i mocniejszym, a potem za każdym krokiem jest ich więcej. Sięgają wyżej, mocniej. Powiedziałabyś że sa wręcz natarczywe, gdyby nie były tylko trawami. Nie zauważasz kiedy słońce ogrzało Twoje palce na tyle aby poczuć na nich wiatr, potem bezczelnie sięgnęło dalej na wewnętrzną stronę nadgarstków, jakby rozmyślnie skupiając swoja siłę na skórze. Dociera pod plątaninę niebieskiej siateczki żył, do samej czerwieni, zatrzymując się tuż przed granicą bólu. Za chwilę nie wiesz czy rumieńce na twarzy są od słońca czy od niesionej do głowy rozgrzanej krwi. Pulsowanie tętnic narasta, wybija rytm w rosnącą na niebie tarczę aż w odruchu poddania kładziesz się na plecach wyciągając do góry ręce w rytualnym geście ofiary Azteków. Nagrodą za posłuszeństwo jest błogość. Nie ma palących promieni, tylko krew wędruje w dawno nieodczuwane miejsca z kocim brakiem pośpiechu, by jak wszystkie koty dotrzeć do splotu słonecznego i objąć go na własność. A potem, z tego miejsca, z wrodzoną zaborczością wysyłać gardłową pulsacją rozkazy do każdego włókna, po końce palców, aż po płatki uszu, do ust, nosa, powiek. Wszystkie one wracają do wnętrza niosąc zarzewia żaru, zbierając się w płomienie, rosnąc aż po gwałtowność huraganów. Nagle, wpadają wszystkie w tej samej chwili, do swego źródła by je posiąść. A potem wystrzelą wysokim słupem ognia aż po ostateczne dopełnienie - krzyk. Umysł przywołuje obrazy zatopionych miast, których nikt prócz Ciebie nigdy nie odwiedzi, tam gdzie czułaś absolutną wolność. W mgnieniu, w którym zrozumiałaś że zatonęły wszystkie prawa zamieszkujących je plemion, jakby ich nigdy nie było. Tylko kamień przetrwa mnie, Ciebie, a życie ma znaczenie tylko tu i teraz. Bo nikt nas nie będzie pamiętał oprócz nas samych. Jesteś tam, pośród ulic, które powoli poddaja się piaskowi i wodorostom , jednocześnie tu na wyspie pod władzą słońca, w jednym z tych miejsc jesteś Bogiem, w drugim jego ofiarą. I żadne z nich nie zazdrości drugiemu: żaru ani chłodu, rozkoszy ani obojętnej pustki, bezwoli ani władzy. Tylko tam głęboko, miedzy dwoma światami, opada w pył pamięci jedyne słowo jakie wypowiesz: imię wyspy. KJ
|
|
| Wygenerowano w sekund: 0.22 | 120,673 Unikalnych wizyt |