|
|
03/09/2010 06:00:05 |
|
[Przejdź do następnej nieprzeczytanej wiadomości] | [zobacz pełny tekst źródłowy wiadomości] | Fixed font - Proportional font Temat: bezkrólewie Autor: irena Data: 28 grudzień 2007 Rozdział 1 Interregnum Jeszcze wczoraj kolorowe skalne grudki rzeźbione wartkim strumieniem, pochylone w bezsilnym skłonie, bez słowa skargi przyjmowały napierające bryzgi piany i piaskowego mułu. To one bezlitośnie chlastały po finezyjnych odłamkach, zamieniając je w bezmyślne spłaszczone owale. Kamienne dźwięki przestały wtórować szemrzącemu strumykowi, teraz on sprawował władzę i decydował o losie. Może to kaprys, albo słoneczna filantropia, lecz dzisiejszego dnia, na skalnym szlaku nie pojawił się górski potoczek. Czyżby zagubił się w plątaninie wyżłobionych ścieżek? Być może jutro odzyska pamięć i powróci, ale teraz milczące kamienie były wolne. Wychłodzone i jeszcze w kroplowych szatach kolorowej tęczy, łapczywie wchłaniały słoneczny żar, jakże skuteczny do obrony przeciw glonowym koloniom. Młody mężczyzna zbliżył dłoń do czerwonawo brunatnej bryłki, próbując paznokciem zeskrobać obślizgły nalot, zasłaniający prawdziwe piękno karbunkułu. - Ależ to jest rzadko spotykana odmiana granatu! - Wykrzyknął zafascynowany krwistoczerwonymi odblaskami, jakie pojawiły się na powierzchni kryształu. Ustawiając bryłkę pod różnymi kątami względem promieni słonecznych, zauważył dziwną grę świateł na dłoni. W tej samej chwili odczuł, że traci władzę nad swoim ciałem. Jakaś niepojęta siła przemieściła go w przestrzeni. Stał za kępą krzaków, w pobliżu leśnej polany, gdzie przy ognisku, dwóch mężczyzn prowadziło burzliwą dyskusję. Jeden z nich, mocno zdenerwowany wymachiwał pięściami, jakby komuś groził, drugi chyba uspakajał go. Aleksander był za daleko by słyszeć wypowiadane zdania, niestety wygląd mężczyzn nie zachęcał do zbliżenia. To nie byli przyjaźni ludzie, nawet z tej odległości dało się zauważyć, że są uzbrojeni po zęby. Dysponowali bronią palną, ale też nie gardzili sieczną, miecze i noże mieli w zasięgu ręki. W takim przebraniu, bez zwrócenia na siebie uwagi, mogli poruszać się tylko po dzikich lasach. Lecz czego tu szukali? Hukanie leśnego puszczyka zakłóciło beztroskie zachowanie obu mężczyzn, przerwali rozmowę i zaczęli rozglądać się dookoła. Aleksander powoli cofnął nogę do tyłu, a po kilku krokach odwrócił się i zaczął biec. Chyba wybrał właściwy moment, bo udało mu się pozostać niezauważonym. Emocje i bieg przyspieszyły bicie serca, zatrzymał się aby odpocząć. Otoczenie w którym się znajdował, zupełnie nie pasowało do zajść, jakie przed chwilą miały miejsce. Nie było żadnego lasu. Aleksander podpierając plecy o występ skalny, siedział na wznoszącej się w górę wąskiej ścieżce. Pamiętał że szedł tędy, aby dojść do jaskini. Jej korytarze łączyły ze sobą dwie góry, dopiero za nimi były połacie lasów i wielkie zamczysko podskarbiego koronnego, którego zamierzał odwiedzić. Słońce nadal ostro świeciło, a rozgrzane kamienie buchały żarem tak silnym, że przypadkowe dotknięcie mogło pozostawić pamiątkę w postaci bolesnego pęcherza na skórze. - Chyba zmógł mnie ten upał! Drzemka i widziadła! - Roześmiał się i bardzo poweselał kiedy otworzył zaciśniętą pięść, czerwony kamień w jego ręku nie był snem. - To chyba dobry znak!? - Potrzebował wiary że los również jemu może sprzyjać, a znaleziony kryształ sprawdzi się jako talizman. Misja której się podjął nie należała do bezpiecznych, potrzebował dużo szczęścia, bo waleczność i taktyka nie zawsze prowadzą do sukcesu. Od dawien dawna, wśród ludzi światłych, utrzymywała się opinia o magicznej mocy granatu. Medycy uważali, że powstrzymuje krwawienie z ran, ludzi nerwowych chroni przed apopleksją, a wojownicy osadzając kryształ w swoim sygnecie, sprzączce, czy też w rękojeści miecza, czujnie obserwowali czy świeci jasnym blaskiem, bo gdyby go utracił, byłaby to zapowiedź bliskiego nieszczęścia. Znaleziony kryształ pieczołowicie zawinięty w chusteczkę, znalazł się w skórzanej sakiewce, a ta w głębokiej kieszeni, zabezpieczona grubą srebrną agrafą. - Czas wznowić przerwaną podróż.- Westchnął ciężko. Kręta dróżka skończyła się, wielka jama w skale - to wejście do groty. Przejście przez nią nie powinno mu zająć więcej niż pół godziny, chyba żeby miał pecha i pomylił kierunki. Wyciągnął z torby smolne łuczywo i bez problemu wzniecił ogień, korzystając z soczewki i promieni słonecznych. Byłoby dużo trudniej gdyby padał deszcz, ale i na tę ewentualność był dobrze przygotowany. Wysuszona hubka i zapalniczka z krzesiwem skałkowym rzadko zawodziły, ten znakomity pomysł wykorzystywano nawet w produkcji broni palnej, przecież zła pogoda nie powinna decydować o losach wojen. Podróż w którą się udał, na razie przebiegała zgodnie z planem, bez żadnych niespodzianek, górską trasę wybrał dla zmylenia szpiegów. W dzisiejszych czasach, niemal w każdej okolicy pojawiali łowcy przygód i wysokich nagród, a konfliktów rodowych i religijnych nigdy nie brakowało. Śledzono wrogów, sąsiadów i wszystko co się ruszało. Poza tym, żaden trakt, ani gościniec nigdy nikomu nie gwarantowały bezpieczeństwa. Wszelkie podróże odbywano z uzbrojoną eskortą, ale wtedy nie utrzymała się żadna tajemnica. Jedynie wędrowni kupcy dobrze sobie radzili w tym dziwnym okresie niepokojów, domowych wojenek, ale nad nimi czuwały kupieckie klany i chociaż było ich wiele i różnych narodowości, to wspólnota interesów zapewniała zgodę. Wchodząc do skalnej groty, Aleksander przezornie pozapinał haftkami rozpięte poły żupana. Chłód tylko początkowo był przyjemny, słońcem rozgrzane ciało szybko zareagowało dreszczami na nowe warunki, temperaturę rzędu plus pięć stopni Celsjusza, trudno polubić w cienkiej koszuli. Chwilę zastanawiał się nad wyciągnięciem kontusza, bowiem atłasowa szata kiepsko chroniła ciało przed wyziębieniem. Jednak zrezygnował z pomysłu. - Szybki marsz powinien mnie lepiej dogrzać! - Jaskinię znał z opowiadań zaprzyjaźnionego górala podróżnika i poszukiwacza skarbów. Niektóre jego opowieści nie były dla ludzi o słabych nerwach, ale tu skalne korytarze, na szczęście nie były nawiedzane przez duchy, a zagrożeniem mogli być tylko żywi ludzie, albo brunatny niedźwiedź, który gorącym latem szukał chłodnych miejsc. Najważniejsze, aby nie dać się zaskoczyć, a resztę załatwi noszony u boku miecz i rycerska sprawność. W takich chwilach, kontusz mógłby tylko zawadzać. W miarę zbliżania się do zamku, Aleksander coraz bardziej denerwował się. Napięcie rosło, gdyż sprawa była wyjątkowo poważna, na szachownicy zdarzeń, wieża współpracowała z laufrem i razem chcieli zagrozić najmocniejszej figurze, nie licząc się z reakcją potężnego protektora. W ostatnich latach, przez kraj przelewały się fale innowierców, otrzymywali prawa i przywileje na równi z tymi, którzy w karcie dziejów mieli zapisane wielkie zasługi dla ojczyzny. Nikt nie wątpił, kto ich tu przysyłał. Marionetkowy król ujarzmiony przez władczynię ościennego mocarstwa, bałamucił naród, nic nie znaczącymi traktatami przyjaźni. Gwarantem prawomyślności były obce wojska, panoszyły się za przyzwoleniem monarchy, który zapomniał o bezpieczeństwie granic własnego terytorium. - Interregnum i grabież! - Wysyczał przez zęby, chcąc zagłuszyć myśli. Po chwili zapanował nad sobą, miał świadomość że te okolice nie sprzyjają zamyślonym. Właśnie opuszczał jaskinię i chociaż od zamku dzielił go lasek, to już z tego miejsca wyczuwało się smród pobliskiej fosy. Za ścianą drzew zajaśniało wzgórze z bardzo wysokim kamiennym murem i górującą nad zabudowaniami potężną wieżą. Szwedzki potop pozostawił tu wiele zniszczeń, ale ocalałe resztki fortyfikacji świadczyły, że kiedyś to zamczysko było warownią trudną do zdobycia. Forteca przez długi okres czasu pozostawała niezamieszkała, towarzyszyły jej złe legendy o mściwych duchach. W czasie przebudowy odkrywano tajemne lochy połączone jaskiniami, a znaleziska ludzkich kości nie należały do rzadkości. Ludzie szeptali o jakimś dzwonie, którego dźwięki wydobywały się z jaskini, a tych nie brakowało we wnętrzu Zegarowej Góry. Twierdza straszyła tak skutecznie, że nawet zakonnicy odmówili przyjęcia jej na swoją siedzibę. Dzisiaj zamek przebudowywano na pałac, otaczając go kilkuhektarowym parkiem, obecny właściciel, wielki podskarbi koronny kontynuował te trudne prace, ale i jego kieszeń nie radziła sobie z ciężarem wydatków. Czasy były ciężkie, a powodów do niezadowolenia codziennie przybywało. Nie była to stała rezydencja wielce przedsiębiorczego szlachcica, ale dwór na odludziu świetnie nadawał się do spotkań, szczególnie takich jak to, na które spieszył młody hrabia. Bez wylewnych powitań wielki koronny wprowadził pięciu mężczyzn do dawnej rycerskiej sali. Obrady rozpoczął słowami: - Mości panowie, zbliża się koniec Rzeczpospolitej! Ukraina poddała się, legła we krwi. Spalone dwory, mordy i gwałty w Humaniu zaowocowały. Wzniecony bunt chłopów i rozdawane przez popów święte noże carycy, złamały opór katolików, lachów. Większość konfederatów podpisała akt lojalności wobec króla, poniżający dokument w którym muszą przepraszać rosyjskiego zaborcę, za to, że się przed nim bronili! Chyba każdy wie jaką nam zgotują przyszłość, jeśli będziemy czekać z rękoma do tyłu założonymi!? -Podniesionym głosem wylewał z siebie całą żółć, która od dłuższego czasu zbierała się w jego wnętrzu. - To jest podła gra carycy, za konfederację w Barze. Na Ukrainie udało się podjudzić chłopów, a teraz wykorzystując nieudolność rządów polskiego monarchy, jego rękoma niszczy się polskie rody. Pod królewskimi sztandarami, rosyjscy najeźdźcy legalnie palą, mordują dzieci i gwałcą kobiety. - Odezwał się Aleksander. - Hrabiczu, gdyby wszyscy mieli tak trzeźwe spojrzenie jak wy, to wojna domowa już dawno by się skończyła. Dobrze mówicie. Trzeba ratować kraj i honor, a króla zmusić do abdykacji! - Konfederacki marszałek bez lęku użył słowa "zmusić". Słuchający nie negowali, dyskusja toczyła się wokoło sposobu, jak tego dokonać. - To chyba ostatnia chwila, bo wojska konfederatów opadają z sił. Utraciliśmy Bar, a Paulini w Jasnej Górze atakowani są przez carycę z coraz większą zawziętością. Brakuje pieniędzy i ludzi do walki. - Starszy mężczyzna włączył się do rozmowy. Czerski burgrabia przybył aż z Warszawy, a wieści, które miał do przekazania, były bardzo złe. - Nasz poseł nie dotarł do Francji, zmogła go ciężka choroba i utknął w Wiedniu. Mamy tylko moralne poparcie, bo środki do walki musimy sami zapewnić. Na Turków już nie można liczyć. Wprawdzie upominali się za nami, lecz przegrali wojnę, a Katarzyna II zyskała upragnione tereny nad morzem Czarnym. - - Do rzeczy panowie! Króla trzeba usunąć siłą! Mamy godnych następców, dysponują kapitałem i wyszkoloną armią, kiedy tron będzie wolny, sami ujawnią się, a konfederacja odzyska siły! - W wielkim uniesieniu wykrzyknął podskarbi. - Aby użyć siły, trzeba ją mieć! Do tego potrzebna jest zgoda całego narodu. Co z tego że odbijamy miasta, kiedy następnego dnia za naszymi plecami, wyzwoleni podpisują deklarację uległości!? - Pomimo młodego wieku, Aleksander miał dobre rozeznanie o kłótliwej szlachcie i sprzedajności magnackich rodów, to była nieustająca gonitwa za wpływami w rządzeniu krajem. Spiskujący w tej grze nie wychylali się ze swoimi asami, pozornie przypadkowo wypłynęła myśl zorganizowania tajemnej rozmowy konfederatów z królem, jednak aby takiej akcji zapewnić szansę powodzenia, właściwi ludzie muszą znaleźć się we właściwym miejscu i czasie. Z tego też względu, dzisiejsze spotkanie niewiele mogło pomóc w ustalaniu jakichkolwiek szczegółów. Zapadła długa i wymowna cisza. Można ją było interpretować jako akceptację, ale również mogła wyrażać sprzeciw. To było komfortowe rozwiązanie dla wszystkich, zarówno dla przyszłych inicjatorów, jak i ich przeciwników. Podskarbi jako gospodarz zapewnił swoim gościom suty poczęstunek. Jednak zaraz po obiedzie zaczął szykować się do podróży. - Waszmościowie, proszę mi wybaczyć, jeszcze dzisiaj muszę wyruszyć do Warszawy. Wygodne sypialnie są do dyspozycji, jadła nie zabraknie, a komu pasuje, może zabrać się moim powozem.- Aleksander podziękował, chciał wracać tą samą drogą, którą przybył. Za górami w szlacheckim dworku czekał jego koń, do zmierzchu było daleko. - Wracacie przez góry? - Zagadnął go burgrabia. - A wy panie, nie skorzystacie z powozu podskarbiego? - - Lepiej dla sprawy, aby nas razem nie widziano. Wprawdzie moje turowieckie dobra byłyby po drodze, ale jakoś nie przepadam za towarzystwem podskarbiego. - - Jeżeli tak, to chodźcie ze mną, znam ciekawą trasę. Mówię ciekawą bo przypadek sprawił, że idąc na spotkanie, po drodze znalazłem skarb. - Śmiejąc się, wyłuskał z sakiewki czerwony kamyk i pokazał swojemu rozmówcy. - Ho, ho, jesteście szczęściarzem. Swoją drogą, ciekawi mnie jego pochodzenie. Sądząc z kształtu, nie był ozdobą pierścienia, ale ślady po obróbce świadczą, że był w czymś osadzony. Widywałem podobne w karabelach, ale kindżały kaukaskie też chętnie nimi zdobiono.- - No to w drogę, mamy dużo czasu na miłe pogaduszki. - Aleksander schował znaleziony kamyk i dziarsko obaj ruszyli w stronę lasu. Gęstwina krzewów i drzew, bogata pozostałość po dawnej puszczy pomagała tym, którzy krocząc jej zacienionymi ścieżkami chcieli uniknąć przypadkowych spotkań z innym ludźmi. Być może zadziałał noszony talizman, albo proroczy i ostrzegawczy sen Aleksandra, bo towarzystwo burgrabiego nie uśpiło czujności młodego hrabiego. - Pss. - Cofając się, gwałtownym ruchem odciągnął do tyłu towarzysza podróży. - Wypatrzyłem żołdaków króla. Pewnie szpiegują podskarbiego? Jest ich tylko trzech, zaskoczenie daje nam przewagę? Co robimy? - Prawa ręka już błądziła po rękojeści długiego miecza. - Jeżeli to szpiedzy, to nie możemy się ujawniać. Potyczka byłaby wyrokiem na podskarbiego. Zatoczymy łuk, aby uniknąć spotkania. Potem wszystko wytłumaczę! - Zachowując bezpieczną odległość, niezauważeni prześlizgnęli się do miejsca gdzie była grota. Bacznie obserwując skalne zakamarki, szybko przesuwali się ku wyjściu. Opuszczając ją, odzyskali już całkowity spokój. Kilkaset metrów niżej widać było drogę. - Ten piaszczysty gościniec, doprowadzi nas do szlacheckich zabudowań. Ich właściciel zapewnia wynajem koni, a kto lubi podróżować wygodnie, znajdzie również pojazd. Jest to też jeden z tych nielicznych przystanków zreformowanej ekstrapoczty, której istnienie zawdzięczamy rządom króla Augusta III.- - Hm. - Chrząknął murgrabia. - Reformy są chwalebne, kiedy są respektowane. Osobiście wierzę, że obecny król też chciałby poprawić los Rzeczypospolitej. Niestety, jego polityka nie sprawdza się, brakuje mu sprytu i daru przekonywania ludzi dla swoich zamierzeń. Na tron wprowadzono go siłą rosyjskiego wojska, efekt jest taki, że krajem rządzi chaos, a jego protektorka dyktuje własne strategie w gospodarce i polityce, chcąc jeszcze bardziej osłabić nasz narodowy patriotyzm. A propos szpiegów, których tam w lesie wypatrzyliście. Pewności nie mam, ale różne słuchy chodzą po Warszawie. Podobno pojawiły się nielegalne emisje z mennicy, którą podskarbi zarządza. To mógł być powód, dla którego wyznaczono mu anioła stróża. Gdyby doszło do bijatyki w pobliżu dworu, ktoś inny mógłby wyciągnąć niesłuszne wnioski, że to podskarbi likwiduje ludzi, którzy giną, bo coś odkryli. - - Istotnie, to byłoby straszne. Przepraszam, muszę bardziej panować nad swoją porywczością. - Młody hrabia był przerażony, pamiętając gorączkę dłoni, kiedy w tamtej chwili sprawdzał rękojeść swojego miecza. - Nie martwcie się, wszystko przychodzi z wiekiem. Chyba doszliśmy do dworu. Tutaj zostawiliście swojego konia? - - Tak, to ten dworek. Miło z wami się wędruje... - Aleksander nie dokończył zdania, bo burgrabia wyciągnął rękę do pożegnania. - No cóż, czas pożegnać się. Nie martwcie się o mnie, znam te strony jak własną kieszeń. Będąc tak blisko, zaplanowałem jeszcze odwiedzić pobliską parafię, umówiliśmy się z księdzem na wspólną podróż do Warszawy, on ma pojazd i konie. Tam przenocuję, a rano w drogę. A może.pojedziecie ze mną, poznalibyście czcigodnego ojca? Jego kazania są dużym wsparciem dla konfederatów. - - Bardzo chętnie! - Hrabia żywo zareagował. - Mam tylko malutką prośbę.zajrzyjmy razem do dworu, bo zanim wydadzą mi konia, wypada chwilę porozmawiać. Szlachcic jest szalenie gościnny, a od jego garnuszka miodu jeszcze nikomu nie udało się wymówić. Jeszcze jedno, zostawiając konia, wyjaśniłem, że chcę zwiedzić kamieniołomy, aby wybrać budulec na przebudowę dziedzińca w zamku mojego ojca. - - He, he.- Roześmiał się burgrabia. - Dobry pomysł, pewnie chcielibyście wymyślić jakąś historyjkę dla mnie? Nie ma takiej potrzeby. Znam tego szlachcica i on mnie również. Bywam w tych stronach, proboszcz tutejszej parafii wywodzi się z mojej familii. Jest już bardzo stary i wymaga rodzinnej opieki. - Opanowując wesołość, przy okazji odkrył hrabiemu właściwy powód, dla którego wybrał wspólną trasę przez góry. W dzisiejszych czasach bezpieczniej jest podróżować we dwóch. Młody hrabia śmiał się również, ale w myślach zganił swoją naiwność. Nagle zrozumiał, że w tej podróży nie on był przewodnikiem. - No to chodźmy sprawdzić, jak udały się pszczele zbiory. - Do zachodu słońca było jeszcze daleko, już z dala można było rozpoznać właściciela dworku, który czujnym okiem gospodarza troskliwie przeglądał grona czarnych winorośli, uczepionych w ozdobnej kratownicy drewnianego ganka. - Ogrodniku! Mam już dosyć tych krzyżaków. Zróbcie coś z tym robactwem!- Rozsierdzony widokiem snujących się pomiędzy listkami pajęczyn, donośnym głosem strofował przerażonego ogrodnika, który natychmiast zajął się oczyszczaniem krzewów. - No, no. Sądząc z aktywności, to pan tych włości jest w świetnej formie. - W tak wesołej tonacji, burgrabia oznajmił swoją obecność. - Święta Panienko? Toż to we własnej osobie prześwietny pan burgrabia zaszczycił moje niskie progi. Jakże mnie cieszy to wyróżnienie. Pewnie waszmość byliście w odwiedzinach u księdza dobrodzieja? - - Tak. Ale jeszcze muszę tam wrócić. Zamarzyła mi się mała przechadzka po okolicy, macie tu dobre powietrze. Po drodze spotkałem tego młodzieńca i tak od słowa do słowa, usłyszałem, że wybiera się do was, więc i mnie naszła chętka aby posłuchać nowin o waszym zdrowiu. Przy okazji serdeczne podziękowania za terminową pocztę od ojca duchownego. - - To obowiązek dobrego parafianina. Czcigodny ma już swoje lata i słaby wzrok, moja najstarsza latorośl pomaga mu pisać listy. Ksiądz proboszcz bardzo ją chwali nie tylko za wykształcenie, również za mądrość i lubi z nią prowadzić długie dysputy. - Szlachcic z dumą wychwalał cnoty córki. - "Gość w dom, Bóg w dom", zapraszam waszmoście na dobry miód pitny. Te stare lipy co tu rosną, dobrze żywią pracowite pszczółki. W tym roku kwiaty wydzielały tak niezwykle nęcący nektar, aż moje pszczele rodziny wyznaczyły granice własnego terytorium i prowadziły boje z obcymi rojami. Pierwszy raz w życiu widziałem walki pomiędzy owadami. - Zaproszeni nie odmówili, razem z gospodarzem udali się do przygotowanej na takie okazje dużej izby, w której podejmowano gości. Aleksander z zaciekawieniem przyglądał się gustom niezamożnego ziemskiego szlachcica i jego pomysłowości w wystroju mieszkalnego wnętrza. Ten drewniany zaściankowy dworek wyraźnie różnił się od tych, które było mu dane odwiedzać. Prostota drewnianych ław, chłopskich zydli, skrzyń z metalowymi okuciami i duży solidny stół nie raziłyby, gdyby w tej dużej izbie nie ustawiono błyszczącego złotem, okrągłego stolika w otoczeniu foteli i kanapy wyścielonych lśniącym atłasem. Sarmacka prostota kłóciła się z zakusami na magnacką modę. - A cóż to za krzyżacy, których kazaliście ogrodnikowi wypędzić? - Zagaił burgrabia, delikatnie smakując miodowe wino, o którym miał wydać opinię. - Byłem zły i dałem upust myślom. Pod folwark podkradają się azjatyckie jenoty, ni to wilk ni pies, a szelma na grzbiecie nosi czarny krzyż. Jak by tego nieszczęścia było mało, to jeszcze pojawiła się zaraza pająków, też z krzyżami. To chyba przekleństwo za przodków, bo poskromili ludzi chełpiących się symbolem czarnego krzyża na białym płaszczu. - Puenta z dowcipem, spodobała się słuchającym, przyjęli ją ze śmiechem. Znając tradycje szlacheckie, czyli przy dolewanym trunku ciągnięcie za język, nie podchwycili tematu. Brakowało czasu na takie rozmowy, poza tym zmęczenie też dawało się we znaki. - Ten miód rzeczywiście jest wyjątkowy. Jeśli macie go dużo, to chętnie małą beczułkę zawiózłbym rodzinie do wypróbowania.- Burgrabia wypił wino, a odstawiając kielich odmówił dolewki, wymawiając się ważnymi obowiązkami. - Przygotuję wóz, to chłopak zawiezie na plebanię. - - Nie trzeba, objuczcie mojego konia, odprowadzę burgrabiego. Mamy niedokończoną rozmowę w temacie wyboru budulca na drogę. - Pospiesznie przyszedł z pomocą Aleksander, wcześniej zainteresowany wspólną propozycją odwiedzenia parafii. - Szkoda, że waszmości wizyta też jest tak krótka. Nie zdążyłem przedstawić mojej córki, ale już to nadrabiam. Może kiedyś zdarzy się jeszcze okazja dla rozmów między młodymi. Gabrielo, waćpanno podejdź tu do nas i pożegnaj miłych gości. - Szlachcic wychylił się na korytarz i z sąsiedniego pokoju wywołał córkę. W drzwiach ukazała się smukła młoda dziewczyna, mogła mieć zaledwie szesnaście lat, ale bystre spojrzenie i swobodne zachowanie świadczyły o śmiałości, również o dużej ogładzie towarzyskiej. Grzecznie skłoniła się obdarzając uśmiechem najpierw burgrabiego, potem uważniej przyglądając się twarzy Aleksandra, powiedziała: - Waszmość macie pięknego konia, ale jest narowisty, nikomu nie pozwala zbliżyć się do siebie. Był problem z nakarmieniem go. - -- Irena
|
|
| Wygenerowano w sekund: 0.29 | 291,343 Unikalnych wizyt |